ZBIGNIEW CYBULSKI

LESKIRYLYNA NA:Jel GRAALA NTEERUESZCZICJECERI 03 3.7.4

W FILMIE e

a,

W FILMIE e TYDZIEŃ W FILMIE e TYDZIEN

a

e TYDZIEŃ W FILMIE e TYDZIEŃ

g

Grupa powracających z balu: od lewej Tadeusz Pluciński, Elżbieta Stusińsko, Gustaw Lutkiewicz ; Emilia Radżiejowska

GRACZY 4 nolecamy

O KAZIMIERZU KARABASZU DWUGŁOS

Nasza krytyka przedkłada analizę nad syntezę. Nieczęsto spotkać można na łamach prasy syntetyzujące uwagi o realiza- torach filmowych. o ich metodzie twórczej. Tym skwapliwiej notujemy dwie raczej różnobrzmiące charakterystyki jed- nego z naszych czołowych dokumentalistów Kazimierza Kar: basza (.Muzykanci*, „Ludzie w drodze”, „Węzeł”, ..Pierwszy krok:

Lech Pijanowski w NOWEJ KULTURZE (nr 6) pisze:

mimo nasycenia obserwacjami _ psychologicznymi, mimo znakomitego, swoistego „aktorstwa* ludzi na ekranie, bohate- rowie filmów Karabasza nigdy nie wkraczają w rejony fikcji i sam twórca pozostaje dokumentalistą obserwuje, ale nie konstruuje..."

Zdaniem Edwarda Etlera (KIERUNKI nr $) Karabasz sto- suje „metodę trójnogu”, która polegać ma na konsekwentnym użyciu ciężkich kamer bezszmerowych. umożliwiających zdję- cia z jednoczesnym nagrywaniem dźwięku. Konsekwencją t metody jest stosowanie inscenizacji. Etler pisze: D

„.0to inscenizacja, t to najbardziej manifestacyjna, stala się naczelną modą naszego filmu dokumentalnego. święci sukcesy międzynarodowe i miejscowe... Film inscenizowany wymaga starannego przygotowania scenopisowtgo... Już nie nagina się akcji do scenariusza, lecz się akcję dla scenariusza buduje...

1 jeszcze raz Pijanowski:

Ktoś żartem stwierdził, że Karabasz swoją metodą może stworzyć kilkadziesiąt filmów, w których wystąpią i górnicy, i hutnicy, krawcy, tkacze i spawacze... Uważam, że to bardzo ambitny program twórczy”.

Etler natomiast (czy nie ze zbyt dużą dozą ironii?) wyra- żając obawę. że używana i nadużywana metoda trójnogu „g0- towa zemrzeć własną śmiercią* proponuje:

„Rto wie, może należałoby stworzyć dla tej metody specjalny rezerwat?... powierzyć na wieczyste używanie naczelnemu klasykowi i generalnemu twórcy. Żeby była domeną i pólkiem

doświadczalnym pracowitego reżysera, dokąd mu sama nie zbrzydniet. *:

2

337) nierzach, natrętne zaczepianie i nie mniej ni

szarzale twarze o zaczerwienionych oczach, wyłażące z rękawów szaliki, confetti na koł-

trętne przeprosiny, sentymentalne ględzenie i za- cięta napastliwość.

Krystyna obejrzała się za chlopcem, który pozo- stał gdzieś z tylu. Ale właśnie nadciąga jeszcze jakieś towarzystwo. Parę osób trzyma baloniki, Do jednego z nich ktoś przytknął papierosa. Ba- lonik pęka przy akompaniamencie śmiechu, pisku, wymy:

Od tej sceny reż. Stanisław Wohl rozpoczyna realizację ..Przygody noworocznej*, współczesnego filmu obyczajowego wedlug scenariusza Andrzeja Mandaliana. Perypetie pary bohaterów Krystyny i Adama rozgrywają się w czasie nocy sylwe- strowej. Dziewczyna i chłopiec, skazani na widy- wanie się w kawiarniach, na ulicy, w parkach postanawiają spędzić noc z dala od ludzi. Ale nawet w mieszkaniu jednego z przyjaciół nie po- zostają samotni seria przypadków powoduje, że wciągają ich sprawy mieszkańców domu, w któ- rym chwilowo przebywają: zajmują się chorą ko- bietą, świadkami kłótni i tragicznych nieporo- zumień sąsiadów.

Ta noe zbliżyła młodych ludzi do życia, jest dla nich jakąś próbą. a może zapowiedzią przyszłości, wbrew ich młodzieńczym wyobraże- tko przecież i nie zawsze będzie

w której niom nie wszy układać się pomyślnie.

Pierwszy .klaps* i pierwsze ujęcia filmu reali- w Warszawie, przy ulicy Żurawiej. na-

„Jablonex Przygotowania do przenikliwe zimno. wiatr. Aktorzy

zowane przeciw sklepu zdjęć utrudni schronili się w pobliskiej kawiarni, na ulicy zosta- powracających z balu": panowie

ła tylko grupa (wśród nich Gustaw Lutkiewicz i Tadeusz Plu- ciński) z resztkami serpentyn i confetti na płasz- czach. panie (twarze znane ze studenckich kaba- retów) w futerkach narzuconych na balowe suk- nie. i

Wraca nastrój sylwestrowej nocy (śnieg da, przygotowano więc worki z nafialiną...). a "7 kretarka planu ogłosi za chwilę: „Przygoda nowo-

roczna" ujęcie pierwsze.

Tu telewizja Moskwma...!

Duże zainteresowanie wśród radzieckich telewidzów wywo- łał cykl audycji poświęconych kinematografiom krajów socja- listycznych. Szczególnie żywy oddźwięk znalazły programy ilustrujące dorobek kinemato- grafii polskiej ostatnich lat, prowadzone przez doskonałego znawcę filmu, krytyka i histo- ryka radzieckiego Nikpłaja Abramowa. Każdą prelikcję iiustrowaly fragmenty najbar- dziej znanych filmów fabulai nych oraz wybrane filmy krót- kometrażowe.

KOLEJOWYM”

Halina Mikołajska (na zdję- ciu) i Marian Kociniak grają w krótkometrażowym filmie fabularnym „Przy torze kole- jowym* o ucieczce Żydów z transportu. Jest to jeden z serii lilmów o okupacji, pro- dukowanych w tuszyńskiej wytwórni „SE-MA-FOR*. Re- alizatorami są: reż. Andrzej Brzozowski i operator Jerzy Wójcik (na zdjęciu u góry).

| AUULNKG I

© 20 polskich filmów fabu- larnych od „Ostatniego etapu" do „Matki Joanny od Aniołów" i 40 krótkometrażowych poka- zano ostatnio w Rio de Janeiro, na festiwalu zorganizowanyni przez filmotekę brazylijską.

© Tydzień Polskich Filmów Krótkometrażowych i premiera „Matki Joanny od Aniołów Je- rzego Kawalerowicza odbyły się ostatnio w Sztokholmie.

© Na ekranach nowojorskich wyświetlana jest „Miłość dwu- dziestolatków" (jak wiadomo jedną z nowel zrealizował An- drzej Wajda).

© Krytyka nowojorska życz-

liwie przyjęła „Rozstania* Woj- ciecha Hasa.

W „STUDIO” FILM WIEJSKI

Reż. Zbigniew Kuźmiński za- mierza zrealizować film o tema- tyce wiejskiej (współczesny, psy- chologiczno-obyczajowy) według powieści Józefa Mortona „Mój drugi ożenek*. Scenariusz napi- sali wspólnie pisarz i reżyser.

© KAZIMIERZ KARABASZ au- tor wielu znakomitych dokumentów przystąpi wkrótce do realizacji fil- mu „Rocznik 15" o obyczajach oraz stosunku pokolenia osiemnasto- latków do mniej i bardziej ważnych spraw współczesności.

© WŁADYSŁAW SLESICKI przy- gotowuje dwa filmy: o Cyganach i o wiejskiej nauczycielce.

© JAN ŁOMNICKI zrealizuje film © karierach Polaków. Reżyser studiu- je materiały ankiet zorganizowanych przez redakcje pism: „Dookoła Świa- ta", „Polityka* i „Życie Warsza- wy”.

NAGRODZONO FILMY TURYSTYCZNE

Przyznano nagrody w TV Kon- kursie Filmów Turystycznych, zorganizowanym przez Główny Komitet Kultury Fizycznej i Tu- rystyki, przy współudziale Zarzą- du Polskiego Towarzystwa Tury- styczno-Krajoznawczego oraz re- dakcji magazynu „Światowid"

WIELKĄ NAGRODĘ przewod- niczącego GKKFIT (15 tys. zl) dla najlepszego filmu turystycznego otrzymał fm produkcji WFO w Łodzi pt. „SLADEM BYRCYNO- WYCH WSPOMINKÓW*. Scena- rłusz i reżyseria Jan Riesser. zdjęcia Janusz Czecz, komen- tarz Kazimierz Rudzki.

Trzy równorzędne nagrody dru- glego stopnia (po 12 tys. zł) przy- znano filmom:

„DWIE WARSZAWY”, produk- cji WFD w Warszawie; scena- rlusz Artur Międzyrzecki i Ro- man _Wionczek, reżyseria | zdjęcia - Roman Wionczek.

„NIOBE* produkcji WFO w Łódzi; scenariusz Zdzisław Zy- gulski, reżyseria Aleksandra Jaskólska, zdjęcia Kazimierz Mu- cha.

„SUITA POLSKA" produkcji WFD w Warszawie; scenariusz | reżyseria Jan Łomnicki, zdję- cla Jerzy Gościk.

Dwie równorzędne nagrody spe- cjalne (po 4,500 zł) przyznano: Zdzisiawowi Żygulskiemu za no- watorstwo i odkrywczość tematu w scenariuszu do filmu „NIOBE” oraz Sergluszowi Sprudinowi za zdjęcia do fllmu „ZAMARŁA TURNIA".

Ponadto Specjalna Nagroda Wi- dzów (10 tys. 2ł) zostanie przy- znana drogą plebiscytu po poka- zach nagrodzonych filmów w Warszawie i w Krakowie.

„CZTERY OBLICZA MAZOW- SZA”, „KWIATY Z ZALIPIA",

„NA JEZIORACH", „NAŁĘCZÓW: SKA | JESIEŃ", MOCHODEM PRZEZ POLSKĘ" | „W BABIO- GORSKIM PARKU" "odznaczone zostały dyplomami honorowymi,

KUPILISMY

„Młodo zielono". Reżyser Konstantin Wojnow (..Przerwany urlop'*) potrafił odkryć nowe war- tości w wyświechtanym nieco te- macie miłości dwóch przyjaciół do jednej dziewczyny, Grają: O. "Tabakow, I. Pierewierziew, A. Szeremietiewa.

„Dwa oblicza zemsty”, Western nagrodzony Złotą Muszią na fe- stiwalu w San Sebastian 1961. Marlon Brando jako reżyser 1 wykonawca głównej roli. Ponadto grają: Karl Malden, Katy Jurado

Pina Pelissier (najlepsza krea- cja kobieca san Sebastian 1961).

„Elektra". Sfilmowana tragedia Eurypidesa: realizator grecki reżyser Michael Cacoyannis. Na- groda za najlepszą ekranizację na festiwalu w Cannes 1962. W roli tytułowej Irena Papas. Film wyświetlany na VI FFF. „Rozwód po włosku”. Najlepsza komedia filmowa festiwalu w Cannes 1962 (nagrodi ryczne spojrzenie na byczajowe panujące w południo- wych Włoszech. Realizował Pie- tro_Germi (..Pod niebem Sycylii „Czerwony sygnał". „W ślepej liczce**). Grają: Marcello Ma- strolanni (znakomity). Daniela Rocca. Leopoldo Trieste. Film Z repertuaru VI FFF.

„Jaka radość żyć!" Młody czło- wiek zostaje przez pomyłkę uzni ny za wodza anarchistów. Akcja tej komedii (produkcja francusko- włoska) rozgrywa się w latach dwudziestych. Grają: Alain Delon. Barbara Kwiatkowska-Lass. Paolo Renć Cle-

Stoppa. Reżyserował

ment: („Bitwa o szyny** „Ger- vaise'*, „Monsieur Ripois''] „Vla Margutta*. Dramat psy-

chologiczny o mieszkańcach rzym- skiej dzielnicy artystów. Grają: Antonelia Lualdi, Gerard Blain, Franco Fabrizi, Yvonne Furneaux. Reżyserował Mario _ Camerini („Człowiek bez jutra”).

ZAPISKI KRYTYCZNE

dyby na VI Festiwalu Festiwali Filmo- wych dawano Grand Prix za najwybit- niejszy film imprezy, to znaczy prak- tycznie biorąc za najwybitniejszy film roku. głosowałbym bez wahania na „Za- ćmienie" Michelangela Antonioniego. Wiem, że na- trafiłbym na sprzeciwy, zwłaszcza jeżeliby w jury zasiedli moi koledzy po piórze, którzy z lekkim sercem przyznają doroczną Nagrodę Polskiej Kry- tyki Filmowej, obok „Dziewięciu dni jednego roku" Romma, nieudanej i w końcu pretensjonalnej „Na- giej wyspie" Szindo, a wyróżniają zaledwie „Przy- godę* Antonioniego. Ja wiem, że jest znacznie spokojniej cenić dzieła powszechnie uznane niż dyskusyjne, niby nowoczesne a lekkostrawne, niby gorzkie a zalecojące się ludziom. Po co sobie zęby łamać. Ale nie Szindo, tylko Antonioni będzie miał ra- cję. Oczywiście, kiedy naśladowcy przeżują i upo-

wszechnią jego odkrycia, tak że 2 tego wspania- łego dzieła nie pozostanie nic.

Mówię o całym dziele autora „Krzyk: Szcze- gólnie o „Przygodzie*, „Nocy”*, „Zaćmieniu A wśród nich przede wszystkim o „Zaćmieniu'

Konrad Eberhardt, omawiając w „Nowej Kul- turze" wymieniony tryptyk, pisał, że Vittoria, bo- haterka „Zaćmienia", jest niby dojrzalszą, niby bardziej świadomą prawideł życia Claudią z „Przy- gody" (obie postacie gra zresztą ta sama aktorka Monica Vitti). Wypada się z tym zgodzić. Ale, czy chodzi tu o prawidła życia. czy śmierci raczej? Wydaje się bowiem, że wszystkie trzy filmy jednym wielkim traktatem o umieraniu. W .Przy- godzie' zjawia się jeszcze nadzieja na życie, Clau- dia czyni rozpaczliwe wysiłki wydarcia się klęsce. W „Nocy* nadziei już nie ma. W „Zaćmieniu* jest sama śmierć.

Film ten zaczyna się w miejscu. gdzie „Noc” się kończy. Lidia-Vittoria porzuca mężczyznę. Zdolność kochania, zdolność przeżywania, gotowość na przy- jęcie życia, opuściły ostatecznie. Vittoria doszła do kresu. Na tym wąskim pasemku rozgrywa się aćmienia*. Nowa miłość już nie będzie ani miłością, ani namiętnością, nawet przygodą. Tu już wszystko zarażone, niby w „Dżu- mie" Camusa. W trzecim wcieleniu, dopiero w trze- cim wcieleniu, bohaterka tryptyku jest w pelni świadoma. Nie niezdolności kochania, nie niezdol- ności do szczęścia, lecz właśnie końca wszystkiego.

GI OBZSEEOIGENAONOU WC

Jeżeli tak zrozumie się ten film, zrozumiałe się staną 'owe nie kończące się widoki martwej twarzy Vittorii. Bo inaczej jest przesadą, nieznośną prze- sadą, całe to jej celebrowanie. Niezrozumiałą dla widza. Niezrozumiałą także w filmie dla nowego kochanka,

Bo Piero, młody agent giełdowy, podobnie jak niejeden krytyk, nie posiadł mądrości tej kobiety. Niczego nie rozumie, niczego nie zrozumie. Wciąg- nięty w machinę giełdy, czynny niby machina, czynny do ogłupienia, ogłuszający się czynnością, jest jak ludzie skazani, jeszcze w godzinę śmierci żujący tak, jakby w ostatniej sekundzie chcieli przeżyć wszystkie dalsze. lata, których już nie będzie.

W jednej wielkiej scenie a jest ich więcej Vittoria to naśladuje. Odwiedziwszy sąsiadkę przy- byłą z Kenii, chodząc po jej mieszkaniu obwieszo- nym wielkimi fotografiami, niby pejzażami wysp szczęśliwych nagle usmarowawszy się i przy- wdziawszy skąpy strój murzyński, demonstruje dziki, radosny taniec wśród tych papierowych pej-

zaży. Jest to scena przerażająca, bo śmiech Vitto= rii, jej żywiołowy taniec, jej piski i okrzyki to tylko parodia przeżycia. Przez roześmianą, umaza- maskę przebija tamta twarz.

Opisana scena znajduje rozwinięcie w obrazach rzymskiej giełdy. To jakby nowy kochanek Vittorii pomnożony tysiąckrotnie i jakby taniec Vittorii przeniesiony w autentyczną realność. Obrazy gieł- dy, wrzeszczących ludzi, napierających na balu- strady, za którymi siedzą sędziowie, spokojni urzęd- nicy przywodzą na pamięć malowidła Sądów Ostatecznych. Tłum z wyciągniętymi rękami, z wy- krzywionymi twarzami, otwarte do krzyku usta, nieme usta, bo nikogo nie słychać w ogólnym wrzasku. W sali kamiennej, niby wśród skał, jedni spadają, strąceni do piekieł, inni jeszcze się bro- nią, usiłując przebłagać Boga,

Finał dzieła jest jednym z najpotężniejszych fi- nałów w historii kina. Nagle w środku dnia, w środku miłości kochanków, w samym środku operacji giełdowych zapada noc. Słońce zasła- nia cień, niebo staje się białe; puste jezdnie, puste chodniki, puste skrzyżowanie dróg, przy którym spotykali się kochankowie. Wielka lampa uliczna wypełnia obraz, niby zgasłe skońce wieszczące swiatu koniec.

Po tym dziele przez długi czas nie będzie moż- na patrzeć na inne filmy.

! ALEKSANDER JACKIEWICZ

M

WIDOKI [2 Z FOTELA

tekst polski ale wiem na pewno, że Griffith nie wprowadził planu ogólnego, że Broncho Billy i William Hart to nie jedna i ta sa- ma osoba, wiem również, że nie Edison wynalazi ka- merę filmową. Mogłoby się zdawać, że to _ drobiazgi, niesolidność * istotna tylko dla pedantów jestem Jednak jak najdalszy od takiego poglądu.

Telewizja jest okienkiem,

dobnie budzi to zgroz Telewizja powinna wre: cie przestać działać w prze- konaniu, że niepodo>na jej złapać na gorącym uczyn- ku nabijania publicz w butelkę bo lapać 1 można, i trzeba, ą nieso- ldność | zbytnia niefraso- bliwość raz ujawnione budzą rozgoryczenie i na dlugo podważają zaufanie. Trzeba się zdobyć na o:

go tare, ale jare pomy- ślałem sobie, oglądając „Złote lata ' Hollywoo- du, "amerykański seryjny program filmowy, który zaczęła pokazywać nasza telewizja.

W. montażu dokumental- mych zdjęć filmowych 4 fragmentów filmów, pow- siałych w USA w 'pierw- szych dziesiątkach lat na- szego wieku, jest coś wię- cej niż tylko urok niedaw- nej i dzięki temu bar- dzo zabawnej przeszłości. W starych filmach Mack Sennetta innych po- przedników Chaplina, w dziełach Gritfitha i opo- wiastkach z Mary Picktora Mo dzisiaj trwa na ta- śmach żywioł kina, które niegdyś szturmem zdobyło światową publiczność, dzi- siaj zaś jak się okazało z pełnym sukcesem mo- że być demonstrowane na małym ekranie.

Cieszyłem się bardzo, o-,

glądając oblicza umazane kremem, wyłatujące w po- wietrze 'samochody, rozpa- dające się domy, ludzi bi- tych, Kopanych i Iżonych przez innych ludzików... W tego rodzaju obeowaniu, najbardziej | widzialnym,

czlowieka z materią kryje się więcej niż tylko śmiesz- ność prymitywu: gdzieś na dnie przecież tkwi wptymi- styczny podziw dja tych śmiesznych figurek, któ- rym świat wał się ma glowę nie w przenośni, lecz dosłownie, a one mimo wszystko trwają.

Bohaterowie starych, nie- mych filmów swoją brutal- nością równie jedno- stronną jak ich słodycz w jakimś stopniu wyzwa- Jają ukryte instynkty i chę- ci: chciałoby się być rów- nie zwinnym, równie zwy- cięskim, równie optymisty- cznym wobec nawalu Ra- iakiizmów... Serii _ „Złote lata Hollywoodu” przepo- wiadam wielkie powodze- nie nie tylko u koneserów i znawców starej sztuki filmowej, lecz także (co Jest o wiele ważniejsze) u publiczności,

Dlatego pragnę ostrzec: polski tekst tego, co wi- działem, był straszliwą mie- szaniną” bełkotu, nieporad- mości i fałszowania histo- ril filmu. Nie wiem, czy autorstwo osłupiających nieraz stwierdzeń przypisać amerykańskiemu tekstowi czy komuś, kto opracował

powiedzialność wobec wi- downi bez tego nie można, jak się okazuje, po- kazywać nawet błahej, ac- ryjnej historii, w któroj komiczne postacie obrzuca- się clastkami z kremem.

w którym widać fakty, tysiące aktów z różnych dziedzin. Przypadkiem wiem _ trochę o filmie i wiem, że fakty z tej dzie- dziny nie były prawdziwe. Jeżeli w innych dziedzi-

nach jest choć trochę po- ARGUS

komedi z 1913 r.

Mabel Normand, Mack Sennet | Fred Mace w amerykańskiej pstick-comedy''

tzw,

Jedynie przelotny romans z Mu- IN LZW TT SYCZYZNEA (Rita Tushingham) przeczucie te. go, czym powinna być miłość

JM

DOJRZALI

stnieje słynne powiedzenie Norwid: że sztuka osiąga swą doskonałość, g:

nie można odkryć środków, dzięki któ-

rym dana rzecz została wyrażona. Mo-

że streszczam to niezupełnie ściśle, ale ogólny sens jest na pewno taki

i chyba najtrudniej zgodzić się z tym właśnie w filmie. Tu bowiem rzemio-

sło stara się bardziej niż w innych dziedzinach sztuki podkreślić swoją rangę. swój udział w ewentualnych sukcesach. Wszystkim zresztą taki stan rzeczy odpo- wiada; widz lubi mieć pewność, że rzecz została dobrze, efektownie zrobiona; także krytyk pragnie zarezerwować sobie prawo osądzenia „pracy kamery*, „montażu* itd. Zdarzają się jednak filmy, takie jak „Cie-

nie'* Cassavetesa czy „Smak miodu" Richard-

sona, wobec których nasza wiedza na temat „środków wyrazu”, „języka filmu" staje się osobliwie bezużyteczna. Celowo wymie- niam dwa tak różne tytuły: „Cienie*, film półamatorski, zrealizowany niechlujnie, nie- mal na przekór zasadom dobrej roboty w fil- mie, a przecież wstrząsający, głęboki, od- krywczy. „Smak miodu* film doświad- czonego autora. I podobnie jak poprzedni film mądry, głęboki, prawdziwy.

Oglądając „Smak miodu”. trzeba siłą nagi- nać się do myśli, że w ogóle film ten został zrobiony. a co więcej, że tworzywem sce- nariusza była sztuka panny Delaney, prze- bój scen europejskich, w tym także i pol- skich. Trudno w to uwierzyć, ponieważ film jest jednolitym, szarym malowidłem, w któ- rym niepodobna dopatrzyć się jakichkolwiek szwów, ściegów, a tym bardziej scenicznego rodowodu. Wszystko ma tu tonację angiel- skiej mgły, jest zmatowiałe, żaden szczegół nie stara się wysunąć przed inny, żadne ujęcie nie pragnie być lepsze, doskonalsze od poprzedniego obraz oddziaływa na wi- dza całością.

Ewolucja twórczości Tony Richardsona jest „Music-hall* miał swoje popiso- (zawdzięczamy je w dużej mierze udziałowi Oliviera); „Miłość i gniew" urze- kała poszczególnymi sekwencjami (świetne sceny , dworcowe, starej wdowy), a także epatowała tym absurdalnym zadrę- czaniem się dwojga ludzi w imię nie wyjaś- niecnych racji. Były w tym filmie wyczu-

4

SM CI

walne, choć nieczytelne dla nas deklaracje angielskich „gniewnych”. jakieś nieskrystali- zowane ambicje filozoficznych uogólnień. Ale oto przyszedł „Smak miodu" i okazało si: że wartość tamtych popisów, deklaracji i alu- zji równa się zeru w zestawieniu z banal- nymi doznaniami zwykłej dziewczyny „wcho- dzącej w życie”.

Bo „Smak miodu* jest właśnie filmem o „wchodzeniu w życie* trudno zaiste znaleźć bardziej ograny temat. Nie ma w nim żadnych programowych czy myślowych *za- łożeń, nie ma chyba także żadnej filozofii. Już podczas długiej jazdy autobusem, gdy za oknami przesuwają się szare, odpychające przedmieścia wielkiego miasta, orientujemy się, że największą wartość będzie tu miało spojrzenie samej Jo, która z dziecka prze- istacza się w człowieka dojrzałego, a więc inaczej niż dotychczas widzi otaczający świat. Co zobaczy i jak? Każde spojrzenieaJo staje

się teraz próbą osądu, zrozumienia, uporząd- kowania rzeczy otaczających.

Dokonuje się więc charakterystyczne od- wrócenie ról: to Jo jest tutaj poważna, jak- by przedwcześnie postarzała, a obok niej widzimy matkę-idiotkę zajętą nowym roman- sem, głupawego adoratora mamy, później znowu chłopca homoseksualistę, którego dziecinność Richardson podkreśla w scenie tańca wokół palącej się kukły „dziadka Mro- za". Wyprawa do wesołego miasteczka także odgrywa tutaj niebłahą rolę: poważna, na- dąsana Jo jest świadkiem wygłupiania się ludzi dorosłych, których grono ma niebawem powiększyć. Jedynie krótkotrwały, przelotny romans z Mulatem daje jej niejasne prze- powinno być prawdziwe uczucie. rzeczywiste doznanie; ale właśnie ten epizod i tutaj gorzka ironia Richardsona wydaje się niewątpliwa był czymś w rodzaju przedłużenia zabaw dzie- ciństwa; świadomość tego. co się naprawdę wydarzyło, nadeszła później, Czy w ciągu tego momentu Jo rzeczywiście zdołała za- kosztować owego smaku słodyczy, smaku szczęścia? Chyba nie tytuł filmu brzmi ironicznie. Na strychu dziwnej rudery Ja oczekuje z niechęcią na dziecko, które ma stanowić cenę jej przeżyć na-pół uświado- mionych, przedwczesnych. połowicznych.

Smutne dzieje Jo zdają się przypominać historię jej rówieśnicy Ditty z klasycznego aziś filmu Henniga Jensena. Ale w świecie „Ditty* rzeczy mają swoje nazwy: jest zło i dobro, ludzie szlachetni, którzy pragną przyjść z pomocą, i ludzie źli sprowadzający nieszczęście, jest wreszcie grzech i cnota. Natomiast Jo porusza się w świecie, w któ- rym tamte klasyfikacje straciły rację bytu: podobnie jak w „Czterystu batach* Truf- fauta ludzie nie dla niej ani specjalnie dobrzy, ani źli, co najwyżej niezbyt sen- sowni, nikt jej niczego nie wyrzuca ani nie zabrania. Może robić co chce; małe szanse, aby zdołała kogokolwiek zaskoczyć swoim postępowaniem. W niektórych inscenizacjach sztuki Delaney matka porzuca córkę, dowie- dziawszy się, że dziecko, które przyjdzie na świat będzie kolorowe; w zupełnej pustce rozlega się krzyk samotnej Jo. Richardson rezygnuje z tego efektu, tutaj matka macha ręką z rezygnacją, w końcu wszystko jedno na tych marginesach społeczeństwa, na któ- rych wegetują, mogą korzystać z zupełnej swol

I okazuje się, że ta wolność jest w filmie Tony Richardsona czymś, co budzi przeraże- nie, jakąś karykaturą wolności osobistej i to- lerancji wymarzonej przez utopistów i szer- mierzy postępu; jest jakimś ahumanistycz- nym obszarem pustki, obojętności, bezwładu. "Tak jak świetny film Karela Reisza „Z so- boty na niedzielę" podobnie znakomi „Smak miodu" sygnalizuje, że przemia norm moralnych i obyczajów, dokonujące się współcześnie, mają także swoją wartość ujemną, niosą z sobą nowe dramaty, a prze- de wszystkim ów gorzki smak wolności. któ- ra nie przydaje się na nie

Jo (Rita Tushingham) i

EONOWRUCCZ OWY

IJYAGSNJJNY4

rzykro źle pisać o pol- skim (filmie. Tym bar- dziej zaś przykro, że cho- dzi o film Witolda L: wicza, którego twórczość wywodzącą się ze szkoły dokumentalnej bardzo cenię. Uważam jego wyraźnie zresztą nie doceniony przez kry- tykę „Kwiecień” za jeden z najciekawszych filmów o wojnie. Oglądając zaś film „Między brze- gami” nie ma się wrażenia, że jego autorem jest realizator „Kwietnia” i „Roku pierwszego”.

Lesiewicz robił ten film chyba wbrew sobie samemu. Jako do- świadczony dokunientalista, chy- ba weń nie wierzył, nie mógł przecież uwierzyć w ten niepraw- dziwy obraz życia, który tworzył na podstawie niedobrego scena- riusza Kazimierza Orłosia. Za- pewne, trudno czasem ustrzec się jakiegoś drobnego fałszu, ale nie można na fałszu budować, reali- zować utworu o ambicjach spo- lecznych, w który mają uwierzyć tysiące ludzi, Wszystkie inne nie- konsekwencje i niedostatki „Mię- dzy brzegami” a jest ich bar- dzo wiele wynikają, jestem o tym przekonany, z tego błędu głównego, leżącego u podstaw scenariusza i filmu.

Mała wioska rybacka, wciśnię- ta między jezioro a morze. Dotąd, jak się zdaje, życie płynęło tu na ogół spokojnie, pewnego dnia doszlo do zdarzeń niezwykłych. A więc młody rybak Julek ukrywa się przed milicją, ściga- jącą go za jakąś dość tajemni- czą kradzież, jak się potem okazuje: kupy starego żelastwa, wśród której znajduje się pocisk do granatnika, a także hitlerow- ski hełm i lorneta polowa. Do jednego z rybaków przyjeżdża je- go poprzednia żona, z którą ma on syna dochodzi do scysji na tle prawa matki do dziecka, przy czym chłopak uważa za obcą kobietę. Stary szewc Filip, na- mówiony przez małą Madzię przyrodnią siostrę chłopca, rzuca niespodziewanie robotę a ma icj sporo i idzie zbierać mali- ny; podczas tej wyprawy kąsa go w rękę żmija. O żmijach w tej okolicy nie słyszeli najstarsi lu- dzie wszyscy więc przeko- nani, że staruszkowi coś się uroiło i nie zwracają uwagi na jego biadolenia. tym czasie grupa chłopców postanawia wy- sadzić znaleziony w bunkrze po- cisk do granatnika (tak, ten skra- dziony), na nieszczęście jednak w ostatniej chwili nadbiega

wszędobylska Madzia i siada do- słownie o metr od płonącego wo- kół pocisku ogniska; następuje potężna eksplozja, która powinna rozszarpać na strzępy kilku lu- dzi, ale dziewczynka jest prawie nietknięta.

Powstaje węzłowy dla filmu problem przewiezienia rannego dziecka do szpitala, który znaj- duje się w miasteczku, po dru- giej stronie jeziora: zawiadomio- ny telefonicznie tamtejszy lekarz tłumaczy się brakiem karetki i prosi, żeby przytransportować dziewczynkę łódką, choć jak to potem obserwujemy w mia- Steczkowej przystani roi się od motorówek i lekarz mógłby się którąś z nich pofatygować. Okazuje się on jednak człowie- kiem bez serca, a jego bratnia dusza w osobie letnika, romansu- jącego akurat zawzięcie na plaży w pobliżu wioski również chce użyczyć swej motorówki. Obserwujemy teraz długotrwałą bieganinę, w której prym wiedzie córka jednego z rybaków Ma- rysia, zachowująca się jak pa- nienka z „dobrego domu”. Ponie- waż w wiosce nie ma mężczyzn (wszyscy wypłynęli rano w mo- rze na połów), do akcji wkracza dziadek Filip; nie zważając na pogarszający się stan jego ręki decyduje się na samotny rejs przez jezioro z ranną dziewczyn- ką. A mężczyzna we wsi jest: Marysia odnajduje na strychu ukrywającego się Julka, który dekonspiruje się i chce pomóc w przewiezieniu dziecka; następuje nowa wielka bieganina, której celem ma być uzyskanie moto- rówki od romantycznie usposo- bionego letnika. Niestety, bez skutku! Letnik jest bardzo zajęty młodą dziewczyną i nie chce, że- by mu przeszkadzano, a tymcza- sem starzec obezwładniany przez atakujący go jad, omdlewając ze zmęczenia, wiosłuje w kierunku miasteczka.

Finału nietrudno się domyślić jest on tragiczny. Jeżeli twórcy filmu chcieli w ten sposób wstrząsnąć i niem to przeciwny: wyzwolili w nas in- stynkt samoobrony. Nawet mało wyrobiony widz w Polsce nie zniesie chyba, by epatowano go przy pomocy takich „chwytów” zwlaszcza że samo pojawienie się na ekranie dziecka wywołuje już uczucie sympatii. W historię poranionej dziewczynki można uwierzyć (podobne fakty się zda- rzają). ale nie w kontekście takie-

Letnik jest bardzo zajęty młodą dziewczyną...

go scenariusza, nie słuchając ta- kich, żenujących często, kwestii (ieden z letników, popijając wo, mówi do skarżącego się sta- ruszka: ja już widziałem takiego, co go ukąsiła żmija umarł w strasznych męczarniach). Film Lesiewicza usiłuje ponadto suge- rować, że Polska składa się w większości z ludzi złych i ni lych na cudze n ś tak źle nie jest,

Ze zmieczulicą, groźną chorobą społeczną, należy rzecz jasna walczyć. Ale nie w ten sposób. W jednym z wywiadów pod- czas realizacji Lesiewicz oświadczył, że pewne uproszcze- nia fabularne w „Między brzega- mi” nawet założone, Trzeba przeciw temu stanowczo zapro- testować: film, tak jak każdy ro- dzaj sztuki, uproszczeń nie znosi nie znosi ich również samo życie.

-.a starca tymczasem obezwładnia atakujący go jad

PROBLEMY KRÓTKIEGO METRAŻU ę PROBLEMY KRÓTKIEGO MET

ostatnich latach arty- styczny poziom filmo- wego dokumentu pod- niósł się -nacznie na całym iecie. Często wydaje się nawet, że krótkie filmy w tym gatunku osiągnęły już szczyt do- skonałości formalnej. Metodę „ukrytej kamery" doprowadzono niemal do perfekcji. Zdumiewa- jące efekty tej prostej przecież i logicznej idei możemy podziwiać w pracach Holendrów Berta Haanstry i van der Horsta, Fran- cuza Mario Ruspoli, Włocha Lino del Fra, Polaków Hoff- mana i Skórzewskiego, Karaba- sza, Łomnickiego, młodego Niem- ca Winfrieda Junge i wielu, wiełu innych.

Czy czekają nas w tej dziedzi- nie nowe odkrycia? Spodziewać się należy raczej dalszych ulep- szeń. Oczywiście dobrego koloru, przestrzennego dźwięku (a może trójwymiarowej plastyki?) i tym podobnych udoskonaleń. będą- cych naturalną konsekwencją oszałamiającego postępu techni- cznego. Artystyczny rozwój filmu dokumentalnego będzie się jed-

LU PLAWRYAJ Ce) /VEYAU

nak dokonywał niezależnie od ulepszeń technicznych, ponieważ jego źródła tkwią nie w obiekty- wie kamery, lecz w mózgu i oku artysty, czerpiącego materiał z różnorodnych, zmieniających się wciąż przejawów życia. Ostatecz- wartość pracy mierzy się tu- taj, oczywiście tak jak i w in- nych sztukach literackich, pl. stycznych, muzycznych osobi stym wkładem intelektualnym, świeżością spojrzenia, harmoni logiką konstrukcji, wreszcie formą opracowania.

Tu zaczynają się pułapki. Tkwią one właśnie w owej for- mie. Gdy artyści osiągają pewien wysoki stopień wprawy, rezygnu- często z wszelkich czynników pozaformalnych na rzecz bły- skotliwej wirtuozerii. Tworzą masową konfekcję, lekkostrawną i powszechnie chwaloną. Historia sztuki roi się od pedagogicznie przekonywających przykładów: owych uczniów barokowego maj- stra Berniniego, dla których nie było tajemnic np. w umiejętno- ści rzeźbienia w twardym mar- murze pofałdowanych szat, czy też zręcznych kompilatorów se- tek zapomnianych już oper wło- skich z początków ubiegłego stu- lecia. Nikt już nie pamięta ich nazwisk. Tak samo będą zapom- niani (sięgając do czasów naj- nowszych) współtwórcy fabrycz- nej łatwizny disneyowskiej pro- dukcji.

Polska szkoła filmu dokumen- talnego tak świetna i oryginal- na zaczyna wykazywać pierw- sze objawy dekadencji. Nie

le jeszcze dostrzegalne w ja- kiejś większej skali, ale dla uważnego obserwatora niewąt- pliwe. Realizatorzy osiągnęli już pewien stopień doskonałości w sztuce fotografowania i montażu, czyli umiejętności ciekawego przedstawienia tematu. Każdego. Niezależnie od hierarchii jego społecznej ważkości i nawet czy- sto informacyjnej przydatności. Gdy odkryt „zwyczajność dopracowywa- no się przecież jej głębszego sen- su i rzeczywistego piękna niejako od podszewki. Filmy tej kategorii odnosiły niebywałe sukcesy („Warszawa 56”, „Typy na dziś”, „Muzykanci”, „Ludzie w drodze”, „Narodziny statku”, „Płyną trat-

6

niezwykłe Uroki.

PUŁAPKI BROFESJONAGZMU

wy” itd.) Prawie równocześnie zaczęła się jednak produkcja ma- sówki, odciskanej z wypróbowa- nej formy, ale nie pogłębionej choćby wnikliwą obserwacją, nie mówiąc już o analizie lub pro- wadzącej tezie polemicznej. Re- cepta wypiera trudny akt two- rzenia.

Tak powstały między innymi „Pocztówki z Zakopanego” Hoff-

mana i Skórzewskiego (nb. na- grodzone w plebiscycie czytelni- ków FILMU), sympatyczne ob- razki migawkowe dalekie jed- nak od ambitnych prac tych świetnych dokumentalistów, tak narodziły się ostatnio nowe „var-

saviana" filmowe: _ „Dachy” Dmowskiego i Pomianowskiego oraz „Skrzyżowanie” Łomnic- kiego. -

Q Warszawie można oczywiście (a nawet trzeba!) nieskończenie. I prawie każdy pretekst jest dob- ry. pod warunkiem jednak, że zostanie on wykorzystany w po- staci zapłonu w koncepcji arty- stycznej.

Jerzy Dmowski i Włodzimierz Pomianowski znani przecież z pasji publicystycznej postano- wili nakręcić film o warszaw- skich dachach metodą „szybko, łatwo i przyjemnie”. Według re- cepty. Przedstawili więc zbiera- ninę stołecznych dachów. To prawda, że nie mamy w stolicy obiektów na miarę Paryża czy Londynu Warszawa była zbu- rzona w 80 procentach, a to co uratowało się z zagłady nie

kształtuje decydująco profilu miasta można było jednak ustalić jakiś wstępny choćby

szkielet koncepcyjny. Tymczasem przegląd ten nie jest uporządko- wany ani historycznie, ani pla- stycznie, ani stylistycznie, ani nawet inwentaryzacyjnie. Jest to seria „dachowych przypadków”, rodzaj pseudo-monogralii czy pseudo-etiudy. Obiektyw kamery przeskakuje od dachów” „z orła- mi" (dużymi i małymi) do bań cerkiewnych. od dachów stro- mych do dachów płaskich, z se- cesyjnymi ozdóbkami i z klasycz- nymi rzeźbami. Sympatyczny jest ten film. bo dobrze fotografowa- ny i przedstawia rzeczy na ogól nie oglądane. Warszawiak jednak będzie się zastanawiał, dlaczego w filmie nie ma np. słynnego je- lenia z ulicy Marszałkowskiej 2 albo malowniczych gontów, da- chówek i desek, pokrywających jeszcze do dziś wiele starych do- mostw na przedmieściach Pragi. Według jakiego klucza zbudowa- no impresję. którą zaopatrzo- no ponadto w niedobry. naciąga- ny na lekkość komentarz?

Fllm „Dachy* przedstawia widoki raczej rzadko oglądane

Receptura z ulgą wakacyjną?.

„Skrzyżowanie” Jana Łomnie- kiego jest żartobliwym reporta- żem z dziejów pewnego narożni- ka. Chodzi o skrzyżowanie mię- dzy Rutkowskiego, Zgodą. Brac- i Szpitalną. Początek filmu pomimo że zdjęcia te nakręcono zaledwie przed dwoma laty jest rodzajem quizu, testu pamięcio- wego. Gdzie to się dzieje? Te tłu- my hańdlarzy z wózkami, brudni oberwańcy sprzedający ciuchy, jabłka i paciorki, przekupki biją- ce się z klientkami malowni- czy, wrzący tłum na tle odrapa- nych murów. Dopiero, gdy obiek- tyw obejmuje szerszy obszar.

widz zdaje sobie nagle sprawę, że to przecież samo serce Śród- mieścia Warszawy, ruchliwy zbieg ulic, gdzie dziś wznosi się imponujący pensjonat „Zgoda”. Następuje zmiana prawdziwie czarodziejska. Ubogi, choć tak malowniczy tłum znika, Przez skrzyżowanie przechodzą teraz ludzie dostatnio ubrani. Wystro- jone mamy prowadzą za rączkę czyściutkie pociechy, a uśmiech- nięty milicjant w tanecznych ge- stach reguluje ruch samochodów kolorowych, luksusowych i prawie wyłącznie zagranicznych.

Oczywiście to przecież tylko felieton dokumentalny, warszaw-

Z tllmu „Skrzyżowanie«. w popularnej kawiar-

! mt „Szwajcarskiej"

u zbiegu czterech ulię

ski żart, którego nie można brać poważnie, ale w tej przesadzie konfrontacyjnej dwuletniego ok- resu jest jakiś moment drażnią- cy. Może wówczas, gdy sobie na- gle przypomnimy, że niedawno, na jesieni, widzieliśmy tu hand- larki z wózkami uciekające przed nadchodzącym milicjan- tem, a na wiosnę 2 pewnością pojawią się tradycyjne baby z pęczkami rzodkowiek w koszy- kach. Łomnicki dotychczas uni- kał naciągniętej tendencyjności w dokumencie. Pokusa łatwej wirtuozerii?...

*k

Kazimierz Karabasz ukończył niedawno film pt. „Jubileusz”. "Treścią tego dokumentu jest to- warzyskie spotkanie byłych ab- solwentów (przeważnie bardzo leciwych) Liceum Pedagogiczne- go w Łęczycy, zorganizowane z okazji stulecia tej uczelni. Pomi- mo lekkiego tonu, którym reżyser usiłował podmalować swoje dzie- ło jest to film smutny i przyk- ry. Stłoczony w ogólnej atmoste- rze do rzędu familijnej *uroczy- stości z czasów młodości (co na- leży, oczywiście, rozumieć nie do- słownie, lecz jako próbę określe- nia miary ważkości społecznej i emocjonalnej tematu) pozosta- wia widza w stanie idealnej obo- jętności. Żadna pasja nie ożywia bohaterów tego przeglądu wspo- minek. Żaden problem nie stoi przed nimi, za nimi, ani też przy nich bezpośrednio. Niczego nie pragną zdobywać ani zwalczać. Szary obraz stagnacji bez pers- pektyw i bez wniosków publicy- stycznych.

Karabasz jest autorem feno- menalnych „Muzykantów”. Do- wiódł tu w ciągu dziesięciu mi- nut, że człowiekowi do szczęścia poza chlebem potrzebne także i inne wartości. W tym wypad- ku uprawianie muzyki na mia- i możliwości utrudzonych cało- dzienną pracą fizyczną tramwa- jarzy. W świetnych „Ludziach w drodze" pokazał w kilku mi- strzowskich migawkach, czym jest duma zawodowa w środowi- sku skromnych artystów pod- rzędnego cyrku. W „Wężźle” z chaosu splątanych szyn kolejo- wych, drutów, wagonów i gorącz- kowych nawoływań wydobył przecież porządkujące elementy kolejarskiej działalności. w „Pierwszym kroku" pokazał wreszcie małe dzieci, z przeję- ciem chłonące trudną, wiedzę o podstawach sztuki muzycznej.

Wszystkie te filmy były już wielokrotnie nagradzane na wie- lu festiwalach. I słusznie. Mówią bowiem najprostszymi środkami autentycznego dokumentu o spra- wach ważkich o nasyconej ideą humanistyczną aktywności człowieka. Tego właśnie brak w „Jubiłeuszu”.

Jeszcze jedna pułapka profesjo- nalizmu?

TADEUSZ KOWALSKI

REQUIEM DLA KAZIMIERZA

dyby fotografik Be-

nedykt J. Dorys wy-

jechał przed trzy- dziestu laty na week- end nie do Kazimie- rza, lecz do innego mia- steczka, reżyser Maria Kwiatkowska nie mcg- łaby dzisiaj zrealizować poetyckiego filmu doku- mentalnego „NAD WI- SŁĄ” requiem dla zmarłych i zaginionych. Dobrze się jednak stało, że właśnie Kazimierz i jego mieszkańcy, uch- wyceni wówczas” przez Dorysa w kilkuset szki-

cach fotograficznych, przetrwali jako bohate- rowie obrazów, które

mogły dla nas ożyć na ekranie filmowym. Ka- zimierz zabytkowy i zawsze modny, miaste- czko artystów i wczaso- wiczów, zasługuje na to, aby mówić o nim jak najwięcej i w sposób różnorodny: _— piórem, pędzlem, kamerą. Filmu Marii Kwiat- kowskiej nie można za- kwalifikować ani do ty- powych filmów oświato- wych, ani do tzw. fil- mów o sztuce, których sporo powstało w latach pięćdziesiątych. „Nad Wisłą” to pcemat o

mieście sprzed lat trży- dziestu, _ przejmujący wiersz, który jak ca- ła poezja martyrologi- czna może być zro- zumiany tylko przez lu- dzi znających fakty, ja- kie go zrodziły.

Komentarz Marii Kuncewiczowej, pisarki żyjącej od lat za grani- cą, niegdyś mieszkanki Kazimierza nie po- daje żadnych wydarzeń ani liczb statystycz- nych. Bardzo intymny, mówiony głosem Hanny Skarżanki tak, jak zwierzenia człowiekowi bardzo bliskiemu, doda- je obrazom tylko tyle słów, ile to było nie- zbędne. Tło muzyczne skomponował Zbigniew Rudziński.

Początkowe i końco- we partie filmu dzie- łem operatora Jerzego Gościka (m. in. majster- sztykiem jest długa pa- nerama _ współczesnego rynku od dachów do- mów, poprzez podcienia i znów w górę do fa- sad), partie środkcwe zawdzięczamy fotogra- fiom Dorysa z przed- wojennego rynku kazi- mierzowskiego, wyko- nywanym z. różnych

punktów widzenia co właśnie umożliwiło sfil- mowanie ich potem ru- chomą kamerą przez operatora zdjęć tricko- wych Władysława Tomaszewskiego. Kupczący handlarze, dzieci wybiegające 2 bram, kapela starych tang, „które też zabiła

Fot. B.J. Dorys

wielka wojna”, ludzie, którym nie dane było lcżyć naszych dni. „Za- bito duszę miasta” powiedział o Kazimie- rzu Tadeusz Konwicki. To właśnie jest tema- tem tego filmu-poema- tu.

KRYSTYNA GARBIEŃ

Wieś niespokojna

i niewesoła

owy film dokumental- Noz=

go „ŻRÓDŁO” zwraca GZ RE pasją realizacji. Oto wio- ska, w której kobiety mu- szą chodzić z wiadrami po wodę cztery kilometry. Oto w pobliżu wioski, na polu jednego z chłopów, wytryska źródło i za- czyna się nieszczęście.

portretów (zdjęcia Jerzego

Chluskiego) mieszkańców, którzy mówią do kamery i do widzów o konflik- cie, obfitującym w tra- giczne skutki dla całej wioski. Ci, którzy chodzili po wodę do źródła, deptali pole właściciela. Próbował wprowadzić porządek, po-

tem zabronił. Poszły w ruch kłonice, kamienie, siekiery. Nieraz lala krew. Poszły w ruch pa- piery, były rozprawy dowe'— niejeden z miesz- kańców wioski znalazł się za kratami. Jak wynika z wypowiedzi, nie ma w tym sporze atakujących 1 atakowanych ludzie skłóceni, dla których po- wód sporu stal się już

swoistą abstrakcją (miesz- kańcy wioski nie chcą

studzien).

W tym sporze każda ze stron ma część racji, udo- wadnianej złośliwością, szy- kanami, agresywnością przeciwników. Najbardziej tragiczne jest nie samo śstnienie sporu, lecz